Za Trufflemail stoję ja, Weronika Gołembiewska. Przez pięć lat pracowałam jako prawniczka w międzynarodowych firmach. Dziś prowadzę butikową agencję email marketingu dla kancelarii.
W gimnazjum i w liceum pisałam do szkolnej gazetki, byłam nawet redaktor naczelną. Do dzisiaj kolekcjonuję te wydania: to uczucie, gdy mój tekst idzie do druku i ktoś go czyta. Naprawdę czyta.
Potem studia prawnicze na UW. Podyplomówka z prawa lotniczego. Gdzieś między kodeksami a egzaminami przypomniałam sobie, że pisanie jest jedyną rzeczą, przy której zapominam o czasie.
Ale poszłam w prawo. Potem potoczyło się szybko. Pierwsza międzynarodowa firma, potem druga. I tak zleciało mi pięć lat pracy w działach prawnych. Kontrakty w trzech językach, compliance, negocjacje.
Siódme piętro, biurowiec w Warszawie. Monitor i laptop. Na jednym umowa, na drugim Outlook.
Każdego dnia coraz bardziej czułam, że to nie jest to. Że nie chcę awansować, bo wyżej znaczyło robić rzeczy, które lubię jeszcze mniej.
Aż w 2023 roku czytam „Źródło” Ayn Rand. I jest tam Gail Wynand. Magnat prasowy. Człowiek, który zbudował imperium na słowie drukowanym.
I w jednym momencie wszystko wraca. Szkolna gazetka. Ten sam dreszcz. Jedno pytanie, które nie chciało zniknąć:
Co ja tak naprawdę chcę robić w życiu?
Odpowiedź znałam od gimnazjum. Odeszłam z korporacji. Bez planu. Bez jasnej ścieżki. Ale z jedną obserwacją, która nie dawała mi spokoju.
Zaczęłam przyglądać się, jak wygląda komunikacja mailowa kancelarii prawnych. Zobaczyłam, że prawie nikt tego nie robi dobrze.
Kancelaria z 20-letnim doświadczeniem. Telefon dzwoni albo nie dzwoni. Klient przychodzi z polecenia albo nie przychodzi. Zero kontroli nad tym, skąd będzie następny.
A newsletter? Albo nie istnieje. Albo wygląda jak korporacyjny biuletyn, którego nikt nie czyta.
Newsletter, który działa, to rozmowa. Regularna, konkretna, w języku, który Twój klient rozumie.
A nazwa? Z innej książki. W „Biblii e-biznesu” Macieja Dutko trafiłam na zdanie, że dobry email marketing jest jak trufle: bardzo trudno go znaleźć. Pomyślałam: to ja go zrobię.
Biorę na siebie to, na co w kancelarii nie ma czasu:
Z kancelariami pracuję od sierpnia 2024. Każdy tekst czytam ja, pod kątem tego, co wolno napisać pod nazwiskiem prawnika.
Jedna z kancelarii, z którą pracuję, ma dziś na liście 2 348 aktywnych adresów (odczyt z MailerLite, wrzesień 2026). Inna dostaje zapytania od klientów, którzy przeczytali newsletter sprzed trzech miesięcy. Nie „zwiększyła widoczność”. Dosłownie: klient pisze maila z pytaniem o konsultację, bo przeczytał wiadomość o najnowszej zmianie w prawie.
To nie dzieje się z dnia na dzień. Na pierwsze zapytania z newslettera czeka się zwykle kilka miesięcy. Ale to jedyny kanał, nad którym masz pełną kontrolę. Lista adresów należy do Ciebie, nie do algorytmu i nie do tego, kto Cię ostatnio polecił.
Bezpłatne rozpoznanie to rozmowa o tym, skąd dziś przychodzą Twoi klienci i co ma sens jako pierwszy krok. Bez prezentacji sprzedażowej i bez zobowiązań. Zgłoszenie czytam ja osobiście. Odpisuję w ciągu 24 godzin z terminem. Jeśli po rozmowie uznam, że newsletter to nie jest Twój pierwszy krok, dostaniesz to w notatce po rozmowie, bez oferty.
„Weronika najpierw zbadała moją aktualną sytuację i to w którą stronę chcę iść. Następnie przekazała mi bardzo konkretne wskazówki do wdrożenia od razu.”
Katarzyna Kansy · adwokat · po Współpracy 1:1
Zgłoszenie trafia prosto do mnie